Miejsce : Pewien Warszawski klub.
Impreza: Pewna nudna osiemnastka, grudzień pewnego pięknego roku.
Akcja: Jako że towarzystwo nie było po godz. 24 dość skore do zabawy (jak to sie mówi – sami nie wiedzą co chcą … ) to usiedliśmy przy barze i pijemy. W oczy rzuciło się się to że do szatni i z powrotem co chwile kursują kolesie. Wchodzą, a za 3 minuty wychodzą.
Tak się już ze trzech przewinęło, więc z barmanem doszliśmy do wniosku że na bank muszą „wąchać” skoro tak się szwędają. Dodam że szatnia była dość małym i wąskim pomieszczeniem, z uwagi na to iż był grudzień kurtek było sporo.
Wchodzimy do owej szatki z nastawieniem na przyłapanie „wąchacza” a tu akcja innego typu.
W samym końcu szatki siedzi na krześle solenizantka i zaspokaja jakiegoś kolesia w taki sposób co to niby jest tylko dla męża zarezerwowany
Grunt to się dobrze bawić w osiemnastkę (bądź z osiemnastka)
!
